Pionierzy autostopu z Ryk.(Zapiski z podróży)

Autostop był produktem odwilży 1956 roku. Pierwsi autostopowicze pojawili się w Polsce w roku 1957. Wzorem było dla nich USA.Słyszeli,że w Ameryce młodzi ludzie podróżują za darmo przygodnymi samochodami. Współpionierami polskiego autostopu byli studenci warszawskich uczelni - uniwersytetu i politechniki.Nie było to łatwe bo ci co nie postarali się przed wyruszeniem w drogę o zezwolenie milicji, napotykali trudności ze strony „organów". Zasypywali więc listami redakcje pism młodzieżowych,“Radar“ i "Dookoła Świata".I właśnie - „Dookoła Świata” - w 1958 r. postanowiło objąć patronat nad polskim autostopem,który stawał się wśród młodzieży studenckiej bardzo popularnym sposobem podróżowania. Ruch ten wkrótce zinstytucjonalizowano powołując  Społeczny Komitet Autostopu.W 1958 r. wydano pierwszą książeczkę Autostopu - ewenement na skalę światową. Polski autostop był fenomenem w bloku komunistycznym. W innym krajach demokracji ludowej podróżowanie "na łepka" było zakazane.

 

Nowe trendy nie ominęły i młodzieży w naszym małym miasteczku.Zaraz po ukazaniu się pierwszych książeczek Autostopu,wyrusza do modnych wtedy,dzikich Bieszczad, trójka przyjaciół z Ryk: Wojtek (Jerzy)Wypiórkiewicz,Romuald „Aldek“ Cieśla i Janek Sadura.Wojtek Wypiórkiewicz od  wyjazdu z miasta prowadzi na bieżąco zapiski z podróży.Dzięki niemu możemy dzisiaj,po przeszło 50 latach poznać styl życia tamtej młodzieży i poczuć atmosferę późnych lat pięćdziesiątych,z przeciekającymi „cienkimi otworami“ do PRL-u, trendami zachodniej kultury.

Serdecznie dziękuję Jerzemu (Wojtkowi) Wypiórkiewiczowi za udostępnienie tych notatek .
 

 

 

Mój autostop AD.1958
 Siedziałem sobie w maleńkim parku, w maleńkiej mieścinie koło Dęblina i nudziłem się jak przysłowiowy mops.Tak się jakoś zawsze składało, że wakacje zmuszony byłem spędzać tu a nie gdzie indziej. Bardzo chciałem gdzieś pojechać, na jakąś włóczęgę w towarzystwie kilku dobranych kumpli ale wieczne suchoty dziurawej studenckiej kieszeni stały temu na przeszkodzie. Nie pozostawało mi zatem nic innego jak wegetować w domu rodzicielskim. / Ryki-PGR Bogusze/. I każdy szary dzień jak co dzień pozbawiał mnie kolejnej dawki humoru z którego nie raz byłem tak dumny, choć w żołądku pusto, w kieszeni pusto, egzaminy walą się na głowę, a ten kochany, wisielczy humor nie opuszczał mnie nigdy w najcięższych chwilach. Tu żyłem w jakiejś sennej atmosferze tak z dnia na dzień aby do jesieni. Więc siedzę na tej ławce, palę nieodłącznego „Sporta” i myślę o niebieskich migdałach. Te niebieskie migdały to miraże jakiejś włóczęgi w dobranym niewielkim towarzystwie, obojętnie jakim środkiem lokomocji byle tylko jak najdalej od domu, bo w nim czułem się jak mucha, której oberwano skrzydełka. Nagle z zamyślenia budzi mnie okrzyk: „Się masz cowboj!” To mój wierny towarzysz Aldek Cieśla, z którym wspólnie dzieliliśmy „Sporty” i nudę co nas jednakowo toczyła. Zaczęliśmy gadkę o tym i owym, o sporcie, polityce, a najwięcej o tym jakby tu oderwać się choć na parę dni od tej przeklętej nudy. W końcu dochodzimy do wniosku, że możemy przecież skorzystać z najnowszej akcji auto-stop i przy okazji zwiedzić trochę Polski z kilku tylko centami w kieszeni.
Pomysł ten bardzo nam obu przypadł do gustu więc po zaopatrzeniu się w odpowiednie książeczki zaczęliśmy kompletować niezbędne przybory podróżne, takie jak plecaki, manierki, zapasowe części garderoby itp. Po kilku dniach byliśmy już gotowi do podróży w nieznane lecz jednocześnie trochę niespokojni jak nam też się uda ta eskapada. W tzw. międzyczasie dokooptował do nas jeszcze jeden amator przygód z dość dziurawą kieszenią, mianowicie Jasio Sadura. Gdy przygotowania były na ukończeniu ustaliliśmy termin: 8 rano 23 lipca 1958 roku. Pogoda była prześliczna więc prosiliśmy dobre duchy z PIHMu aby przetrzymały ją jeszcze choć ze dwa tygodnie i pełni optymizmu oczekiwaliśmy ranka 23 lipca. Ranek ów wstawał mglisty i dość niewyraźny. O godzinie 8-mej po małych poszukiwaniach zebraliśmy się do kupy z manelami i w wyśmienitych humorach podążyliśmy za miasto w celu łapania pierwszego samochodu w kierunku Lublina. Celem naszej wyprawy był Texas-Bieszczady, ówcześnie nagłaśniana tajemnicza kraina, pełna niespodzianek i kowbojskich przygód. Poznać prawdę o Bieszczadach było naszym hasłem, a prasa huczała wielkim głosem o pięknym życiu polskich kowboi, o pełnej romantycznego uroku pracy brygad ZMS na tle dziewiczej przyrody Bieszczadów itd., itd. Było nas trzech , jak już zaznaczyłem, amatorów przygód w Bieszczadach, a mianowicie Długi Jim /Aldek/, Chyży Sam /Jasio/ i ja czyli Czarny Bill.
Od samego początku zaczęło sprzyjać nam szczęście gdyż nie zdążyliśmy jeszcze na dobre wyjść z miasta a tu stoi prawie pusty „Lublin”. Podchodzimy i grzecznie pytamy pana kierowcy: dokąd pan szanowny zasuwa, bo jeśli do Lublina to bardzo bylibyśmy wdzięczni gdyby pan nas zabrał. Podróżujemy auto-stopem i chcielibyśmy się tam dziś dostać, płacimy kwitkami z wydrukowanym kilometrażem, a pan może wygrać samochód o ile uzbiera jak najwięcej takich kwitków od autostopowiczów. Pan kierowca na to z szerokim uśmiechem, że chętnie nas zabierze, a na marginesie dodaje, że jedzie aż z Zielonej Góry i miał przyjemność podwieźć już kilka „band” autostopowiczów zarabiając w ten sposób kilkaset kilometrów w opisanych talonach. Wypaliliśmy jeszcze z panem kierowcą fajkę pokoju w postaci popularnego „Sporta’, zwanego też czasem gwoździem do trumny i wdrapaliśmy się na skrzynię pełni wielkich nadziei i z wielkim zapasem humoru. Po chwili wóz ruszył z kopyta a my ostatnim spojrzeniem żegnaliśmy naszą kochaną choć tak nudną „wiochę” i z melodią „Most na rzece Kwai” na ustach udaliśmy się w nieznane. Piosenka a raczej melodia z filmu pod tym właśnie  tytułem towarzyszyła nam przez  cały okres naszego auto-stopu i gwizdaliśmy ją prawie bez przerwy przy każdej okazji.
Humor mieliśmy wspaniały to też co chwila na skrzyni wybuchały salwy śmiechu w rezultacie Długiemu Jimowi spadły z nosa ciemne okulary i potłukły się na szosie w drobny mak. Upał był tego dnia wielki toteż przed wyjazdem sporządziliśmy trzy niezłe butle mikstury naszego pomysłu. Była to mianowicie zwykła woda z dodatkiem soku jagodowego, którego duże zasoby przechowywała moja mama. Napój jak napój natomiast kolor był fascynujący i naczynia w których go przechowywaliśmy. Otóż, wpadliśmy na szatański pomysł by do tego użyć butelek po denaturacie!!! Trzeba było widzieć zgrozę w oczach naszych przygodnych współpasażerów i pytania: czy nam to aby nie zaszkodzi? My widząc reakcje tych ludzi tym bardziej się wygłupialiśmy. Mijamy Wieprz bardzo malowniczo wyglądający z nowego żelaznego mostu, tudzież wędkarzy z angielską flegmą tkwiący nad brzegiem rzeki wpatrzeni w swoje spławiki. Droga leci nam bardzo szybko toteż po chwili jesteśmy już w Kurowie gdzie mamy mały postój. Przyglądamy się z wysokości skrzyni tej małej, zapadłej mieścinie, przechodniom snującym się po brudnych uliczkach. Tylko młodzi mieszkańcy zwracają na nas uwagę, a widząc plecaki i emblematy autostopowe na nich /wycięte z „Dookoła Świata”/ wołają – „O autostopy jadą”! Okrzyk ten towarzyszył nam przez cały czas trwania naszej wyprawy. Po chwili „Lublin” znowu rusza z jeszcze jednym „łebkiem” czyli pasażerem i mkniemy dalej w siną dal. Po kilku kilometrach łebek wysiada, a my jedziemy dalej popijając swój „denaturat”.
Przed samym Lublinem zatrzymuje nas patrol MO czyli tzw.”lotna”. Sprawdza papiery kierowcy, kartę drogową, spogląda na nas spod oka ale widząc nasze plecaki milicjanci uśmiechają się i good luck! jedziemy dalej. Mijamy kilka stromych górek, które mijamy jak szatany i już Lublin. Pan kierowca zna się na przepisach autostopowych bo zatrzymuje się przed rogatkami. Wysiadamy, dziękujemy za podwiezienie, wypisujemy talony życząc kierowcy wygrania samochodu, on nam z kolei szczęśliwej podróży z dużą ilością samochodów na drodze i pierwsze siedemdziesiąt kilometrów mamy za sobą. Zbieramy manele i udajemy się na poszukiwanie punktu PTTK w celu podstemplowania książeczek Auto-Stop oraz podrzucenia czegoś konkretnego na tzw. ruszt, bo żołądki nasze zaczęły domagać się swoich praw. Bierzemy więc kurs na najbliższy przystanek „trajlusia” i po kwadransie jesteśmy na Placu Litewskim. Poczyniwszy niezbędne czynności udajemy się w drogę powrotną na szosę Lublin-Kraśnik. Pogoda zaczyna się nam psuć a tu jak na złość nie ma żadnego samochodu. Wreszcie jest! Czarny Bill jako kierownik wyprawy wyskakuje z rowu  wymachując książeczką. –„Dokąd Pan szanowny jedzie? Ano niedaleczko, jakie 10 kilometrów tylko”. Nic to, chętnie się z Panem zabierzemy o ile się Pan zgodzi zabrać nas tylko za taloniki autostopowe. Po chwili gnani burzą pędzimy wielkim „Fiatem” w kierunku Kraśnika. 10 kilometrów przeleciało piorunem więc wysiadka, dajemy kupony, dziękujemy i znów łapiemy okazję, a deszcz „ino, ino”. Wreszcie leci jakiś „Star”, łapiemy plecaki i po chwili siedzimy na workach z mąką pod plandeką i śmiejemy się z deszczu, którego pierwsze krople przy akompaniamencie gromów spadają na zakurzoną jezdnię. Na skrzyni jedzie z nami konwojent, zaczyna się więc obowiązkowa gadka. „skąd jedziecie? dokąd? ano jedziemy w Bieszczady. A którędy? A no przez Kraśnik, Annopol, Sandomierz… Gość mówi: po co macie takie koło robić, kiedy jest świetna droga na Janów, Nisko. Pokazujemy aktualną mapę z 1958 roku na której nie ma tam żadnej drogi. Lipa! Powiada on, droga jest, sam nieraz tamtędy jeździłem. Wobec takiego obrotu sprawy zmieniamy pierwotny zamiar i jedziemy przez Janów. W międzyczasie deszcz rozpadał się na dobre i do Kraśnika dojeżdżamy w strugach  wody, wyciągamy zatem płaszcze z plecaków i znów gwiżdżemy o rzece Kwai. Pierwsze kroki na kraśnickim bruku kierujemy do pobliskiej knajpki, by rozprostować nieco kości, coś wrzucić na ruszt, podeschnąć by podjąć dalsze decyzje. Wchodzimy, nieduża, brudna klitka, kilka zapijaczonych indywiduów w kącie. Siadamy, rozkulbaczamy się i po chwili żremy jakiegoś kotleta wątpliwej świeżości zapijając kuflem piwska.
Deszcz przestał padać wobec powyższego zbieramy manatki i wyruszamy z postanowieniem dotarcia do Janowa, jako naszego pierwszego punktu etapowego. Niestety, jak na złość żaden samochód nie pokaże nosa na tej przeklętej drodze, a tu mrok zaczyna zapadać. Siedzimy w tym rowie, szlag by to trafił, gwiżdżemy ten „Most na rzece Kwai”i czekamy. Już zaczynaliśmy tracić nadzieję, chcieliśmy nawet szukać szczęścia na drodze do Annopola, aż tu nagle zajeżdża z wielkim hałasem jakaś landara, która kiedyś była podobno Starem 20. Bez słowa gramolimy się na skrzynię i po chwili pędzimy w zawrotnym tempie w kierunku Janowa. Dziwimy się też skąd ten trup może rozpędzić się do takiej prędkości, zerknąłem przez okienko do szoferki – 85 km/godz.!!! Odgaduję, niestety przyczynę tak wielkiej prędkości spojrzawszy na twarze kierowcy i jego pomocnika. Włosy powoli stanęły mi dęba i jako znawca przedmiotu określiłem ich stan na ”pół basa pod papierosa na łba”. Faktycznie ledwie trzymali się kierownicy, wstrząsani co chwila potężną czkawką. Szosa była tam cholernie kręta, same serpentyny więc cykorię mieliśmy nielichą, że rozpłaszczymy się na jakim drzewie i tylko zelówki po nas zostaną. Nie wyskoczyliśmy jednak bo może już nie złapiemy żadnej okazji i zostaniemy w szczerym polu. Nareszcie groza mija, Star hamuje w jakiejś wsi no i ulgą wysiadamy, dajemy taloniki i wylewnie poklepywani na pożegnanie zostawiamy „wesołe” towarzystwo, a sami idziemy dalej. Okazuje się, że jesteśmy w Modliborzycach a do Janowa jest jeszcze ok.8 kilometrów. Ponieważ żadnego samochodu nie widać ani nie słychać podążamy piechotą do celu z nieodłączną melodią z Mostu na rzece Kwai, na ustach. Uszliśmy tak z 5 kilometrów  zanim dogonił nas jakiś samochód. Zaczynamy powoli żałować, że daliśmy się namówić na tę trasę ale trudno, stało się. Tak po wielu tarapatach osiągamy cel pierwszego dnia  podróży – upragniony Janów. Meldujemy się w Domu Noclegowym i po chwili chrapiemy we trzech na dwóch łóżkach aż ściany stękają. Właścicielka początkowo aż zaniemówiła – jak to panowie spod samej Warszawy na stopach? Uspokoiła się dopiero jak wyjaśniliśmy, że stopy i auto-stop to jednak mała różnica.

Następnego dnia budzimy się około 8-ej wypoczęci do dalszych trudów gotowi, myjemy się w lodowatej wodzie, jemy dorsza z puszki popijając oranżadą made in Janów, bo niestety „denaturat” się skończył i już jesteśmy gotowi do drogi. Zarzucamy plecaki i żegnamy miasto. Łapanie samochodów organizujemy w pobliskim lasku. Pogoda znów wyśmienita więc ściągamy koszule i opalamy się na skraju drogi ale samochodów ani na lekarstwo. Czas skracamy sobie opowiadaniem dowcipów albo czymś w rodzaju szermierki na kije leszczynowe. Po jakich dwóch godzinach  łapiemy Stara z cukrem na skrzyni i w ten sposób zarobiliśmy około 10 kilometrów. Po drodze mijamy las w którym podobno rozegrała się słynna bitwa partyzantów z Niemcami, oddajemy się więc na chwilę rozmyślaniom historycznym. W oczekiwaniu na następną okazję idziemy wolno szosą w kierunku Niska podziwiając krajobrazy. Właściwie to na razie nie ma co podziwiać, monotonna równina pokryta częściowo lasem i polami uprawnymi. Nagle stajemy jak wryci! Szosa się skończyła! Jest piaszczysta polna droga, na której na pewno żadnego samochodu nie spotkamy. Z odrętwienia budzi nas skrzypienie kół wozu konnego i pokrzykiwanie woźnicy. Mówimy grzecznie „pochwalony” i zapytujemy co się stało z szosą która do tej pory nas prowadziła. Otóż, jak usłyszeliśmy od owego gospodarza, szosy tu nigdy nie było bo jest to granica województw więc trwa przepychanka które z województw ma obowiązek dokończyć inwestycji i jak na razie do kompromisu nie doszło. Pytamy zatem ile kilometrów wynosi ta przerwa. Okazuje się, że około 10 kilometrów, ale nieraz jeżdżą tu traktory więc może który nas zabierze. Na razie za pozwoleniem gospodarza sadowimy się na furmankę i jedziemy stępa przez te lasy i pola uprawne.

 Mamy jednak nieco szczęścia bo po jakimś czasie ukazał się czeski Zetor z prawie pustą przyczepa i ochoczo przesiedliśmy się na ten jednak znacznie szybszy pojazd. Tak dojechaliśmy do całkiem nowej szosy asfaltowej prowadzącej do Rzeszowa. Pożegnaliśmy traktorzystę i znów idziemy piechotką dokąd oczy poniosą. Jeden z nas ma obowiązek cały czas oglądać się do tyłu, bo a nóż jakiś pojazd się ukaże na horyzoncie. No, nareszcie leci jakiś Star. Po krótkiej rozmowie z bardzo uprzejmym kierowcą wskakujemy pod budę i lokujemy się na ławkach, bo wóz ten przewozi pracowników do Stalowej Woli. Po chwili wóz się zaludnia i zaczynamy się piekielnie trząść na strasznych wybojach, które nas nie opuściły aż do samego Niska, w którym z ulgą wysiadamy. Pierwsze kroki prowadzą nas do gospody gdzie „napychamy” się do którego niezbędna jest lupa, gdyż okiem nieuzbrojonym porcji nie da się zobaczyć. Obok kilku zalanych osobników wyraża głośno swoje niezadowolenie przy pomocy soczystych wiązanek „kwiatów polskich” poruszając przy okazji rodowód kilku przodków z linii żeńskiej oraz legalne urodzenie się kelnerki, która i tak jest bliska płaczu.

Wtem przypominam sobie, że przecież w Nisku mam koleżankę, lecz sęk w tym, że nie wiem na jakiej ulicy ona mieszka. Chociaż Nisko nie Warszawa to jednak na przypadkowe spotkanie nie ma co liczyć, wobec tego wychodzimy na szosę do Rzeszowa, zasiadamy na rowie i czekamy na przysłowiowego Godota tzn. na jakiś wehikuł. Ponieważ jesteśmy w dalszym ciągu głodni, wyciągamy jakąś puszkę ze szprotkami i żremy dalej. Wtem zamiast jakiegoś samochodu nadjeżdża rowerem jakaś pani i jakby nas znała od dawna zsiada z roweru i z uśmiechem zaczyna z nami rozmowę, z której wynika, że ona ma też syna studenta i co ciekawe okazuje się, że ja go doskonale znam!!! Okazuje się też że pani ta doskonale zna moją koleżankę Alę i wie gdzie ona mieszka. Sytuacja jak w bajce! Zrezygnowaliśmy więc z Rzeszowa na dziś i udaliśmy się do mojej Ali. Zostaliśmy tam bardzo mile przyjęci przez całą rodzinę w sile trzech niewiast. Byliśmy po prostu wniebowzięci, żarcie i spanie gratisowe, bo jak by nie było żywiąc się po knajpach srodze nadszarpnęliśmy nasze nędzne kapitały. Dostajemy oddzielny pokój i spanie po królewsku. Jak by na to nie spojrzeć – ludzie są po prostu z gruntu bardzo dobrzy, tylko trzeba im dać od czasu do czasu okazję.

Błogi sen przerywają nam jakież grzmoty i wrzaski. Okazuje się, że to dwaj sąsiedzi opłakują wspólnie wyjazd jednej z żon, rąbiąc przy okazji siekierą radio oraz inne utensylia mieszkaniowe. Po jakimś czasie burza cichnie i znów zapadamy w błogi sen. 25 lipca zrywamy się o świcie tj. ok. godz.8-ej i po chwili z pełnymi żołądkami opuszczamy gościnne progi tego przemiłego domu. Jesteśmy na szosie do Rzeszowa i znów czekamy na okazję pożywiając się jagodami których w przydrożnym lesie jest całe mnóstwo. Po pewnym czasie trafia się nam Star 20 i siedząc na miękkiej kanapie prowadzimy uprzejmą  rozmowę z gadatliwym jej właścicielem. Szosa w idealnym stanie więc lecimy jak na skrzydłach. Teren powoli się faluje ukazując nam coraz  wspanialsze widoki. Niedaleko Rzeszowa mijamy lotnisko sportowe więc przez chwilę obserwujemy startujące i lądujące samoloty. Po chwili przeskakujemy Wisłok i już jesteśmy w Rzeszowie.

 Kierujemy swoje kroki do Zarządu ZMS prosimy o skierowanie do Działu Zatrudnienia aby dostać „posting” w Bieszczady gdyż chcemy tam pracując podreperować swoje nadwątlone kieszenie. W Zatrudnieniu niestety nas srodze rozczarowują, gdyż dostajemy skierowanie do Horyńca Zdroju. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że przecież Horyniec to nie Bieszczady, ale skierowania na wszelki wypadek bierzemy. Możemy zwiedzić i Horyniec – przyszłą perłę polskich uzdrowisk. Więc jedziemy do tego Horyńca, chociaż nam nie w smak, przecież kieszenie jakoś trzeba napełnić. Bierzemy zatem kurs na Jarosław.

Po drodze zwiedzamy Łańcut, piękny pałac – muzeum, zbiór starych powozów, muzeum przyrodnicze z pięknymi trofeami myśliwskimi, śliczny park w którym chwilę odpoczywamy i jedziemy dalej. Uprzejmy kierowca wiezie nas do Jarosławia. Stare śliczne miasteczko nad Sanem ale nie mamy zbyt dużo czasu na zwiedzanie, bo trzeba nam jeszcze dziś dostać się chociaż do Lubaczowa. Wychodzimy na szosę, pogoda się psuje, co gorsza psuje się nam również samopoczucie. Samochodów nijakich nie widać. Moja rada jest taka by tu gdzieś zanocować w stodole, ale większość przegłosowała, że idziemy dalej, może jeszcze coś złapiemy, więc idziemy. Idziemy 5 kilometrów, ani żywego ducha, okolica jak preria, deszcz siąpi, czysta desperacja. Jestem wściekły jak byk. Spotykamy jakąś stadninę i barak, ale obecni tam „czabanowie” zrobili na nas jak najgorsze wrażenie więc cichcem zrejterowaliśmy.

Idziemy dalej, już ciemno, dopiero przed północą dobijamy do jakiejś wioski. Budzimy pierwszego gospodarza, nic z tego, nie ma stodoły, psy szczekają, ciemno jak cholera, ogólny łojotok. Wreszcie po długich dyskusjach w innej zagrodzie dochodzimy do porozumienia. A było to tak: w obejściu nie słychać psów, furtka nie zamknięta, wchodzimy więc do chaty, ciemno nikt się nie odzywa. Świecę latarką po izbie i wołam „jest tu kto?”. Z kąta gramoli się jakaś postać: „co jest?” Pytam czy możemy się przespać w stodole, jesteśmy autostopowiczami wędrującymi po kraju. „A idźta do stodoły, na siano tylko nie palta papierosów. Tam są ulęgałki to se pojedzta”.

Po chwili smacznie chrapiemy na wonnym sianku, zagrzebani po uszy, klnąc przez sen ten głupi pomysł wędrowania piechotą po pustyni.
26 lipca budzimy się w nieco lepszych humorach, wyłazimy z siana, żremy te ulęgałki i myjemy się pod studnią. Wychodzi do nas gospodyni z bochenkiem chleba i z dzbankiem świeżutkiego mleka: „jedzcie chłopaki na zdrowie, jak się wam spało na naszym sianku?” Oczywiście serdecznie dziękujemy za nocleg i poczęstunek i wyruszamy na trasę. Oczywiście jak zwykle nic nie jedzie. Ale po jakimś czasie toczy się po bruku Warszawa. Wyskakuję z książeczką, samochód się zatrzymuje i po krótkiej rozmowie siedzimy we trzech na tylnym siedzeniu. Pan kierowca zaczyna z nami konwersację jak to we zwyczaju, a my jeden przez drugiego psioczymy na ten zakichany kraj, ustrój i porządki. Pan kierowca nawet nie oponował zbytnio tak, że w całkowitej zgodzie pędzimy do Lubaczowa. Po drodze mijamy prawdziwą prerię, dzikie zarośla, trawa po pas, prawdziwy Texas. Włosy nam dopiero dęba stanęły gdy nasza Warszawa zajechała pod Komendę Powiatową MO. No, myślimy za taki antysowiecki światopogląd ani chybi nas zapuszkują. Obawy nasze prysły gdy pan kierowca z szerokim uśmiechem podał nam po kolei rękę na pożegnanie i życzył powodzenia w dalszej naszej eskapadzie.
Z Lubaczowa łapiemy samochód załadowany beczkami z paliwem i wytrzęsieni zasmoleni lecz szczęśliwi lądujemy w Horyńcu. Jest to ostatnia stanica nad samą ruską granicą. Szczera pustka, maleńka stacyjka i kilka baraków. Zaczynamy się łamać. Na dobitek dowiadujemy się, że musimy tu pracować najmniej 3 miesiące, co nam absolutnie nie było w smak. Pada decyzja: wiejemy powrotem. Na samochód raczej szans nie ma, pozostaje tylko jedno wyjście, pociąg. Idziemy więc na stację, kupujemy bilety i wsiadamy do pociągu gdy łaskawie po długim oczekiwaniu przyjechał. Odzyskujemy całkowicie dobry humor, jedziemy do Jarosławia i rżymy jak wariaci, a pasażerowie wraz z nami. Pociąg wlecze się strasznie, na stacjach stoi po pół godziny ale wreszcie dobijamy do Jarosławia. Przy okazji dowiadujemy się, że przez chwilę jechaliśmy przez terytorium ZSRR, ale nikt tego nie zauważył. Tak poprowadzono granicę, że tor kolejowy między Horyńcem a Jarosławiem przekraczał granicę państwa.

Z nowym zapasem energii i nadziei kierujemy się w Bieszczady, tam na pewno znajdziemy jaką dorywczą robotę choćby w lesie. Tak czy inaczej musimy tam dotrzeć, a więc jazda – kierunek Cisna. Na razie trzeba jednak coś zjeść. Kawałek konserwy mamy jednak chleba ani kruszynki. Łazimy po tym Jarosławiu a tu chleba za nic nie ma. Wreszcie walimy do bramy koszar wojskowych i tam jakiś kochany wojak odpalił nam cały bochen wojskowego „koksu”. Kierujemy się na Przemyśl. Łapiemy okazję i pędzimy serpentynami w górę. Przed naszymi oczami roztaczają się piękne widoki, zaczynają się góry, przydał by się aparat fotograficzny ale o nim możemy tylko pomarzyć, a można by było zatrzaskać masę pięknych zdjęć. Wreszcie dojeżdżamy do Przemyśla, jesteśmy jeszcze wysoko a w dole panoramiczny widok całego miasta .

Wrażenie jest niezapomniane, z obu stron góry, a w dole wije się wstęga Sanu i Przemyśl – jedno z najpiękniejszych miast polskich. Jest sobotnie popołudnie, wszyscy siedzą nad Sanem, pogoda wspaniała. Idziemy przez miasto, zauważamy iż jesteśmy obserwowani, „o autostop!” słyszymy za plecami, tudzież uwagi na temat naszego olbrzymiego chleba wystającego do połowy z plecaka. Ale nic to, „autostopa” też człowiek i jeść musi.

 

Kierujemy się przez most na Sanie za miasto, tam zapewne łatwiej będzie o jaką stodołę. Z daleka widać już piękną stodołę na szczycie wysokiej górki. To coś dla nas. Stodoła usytuowana jest nad samym urwiskiem skalnym, widok bardzo malowniczy. Oczywiście od razu kierujemy tam swoje kroki i wspinamy się na wyścigi. Wreszcie dotarliśmy na miejsce trochę zziajani. Na wstępie napotykamy starego człowieka z kozą na sznurku, więc zaczyna się zdawkowa rozmowa, a jednocześnie obserwujemy widoki. San i miasto widać jak na dłoni, a wokoło góry. Dziadek okazał się wielce rozmownym i światowym człowiekiem. Można powiedzieć towarzysz broni Szwejka. Opowiada nam swoje przewagi wojenne jako żołnierz armii austriackiej w 1914 roku, oraz niemal całą historię Przemyśla. Siedzimy więc zasłuchani a tu mrok zaczyna zapadać, obgadujemy szybko sprawę stodoły pijemy u gościnnych gospodarzy cieplutkie jeszcze mleczko i pchamy się do tej stodoły. Tymczasem wieść o naszym pojawieniu się obiega okoliczne górki za przyczyną młodej córki gospodarza i oto jesteśmy w towarzystwie trzech ładnych autochtonek. Przy miłym gawędzeniu przeplatanym śpiewami najnowszych przebojów w stylu Bajo bongo czas szybko leci i dopiero koło północy kładziemy się bardzo zadowoleni i w znakomitych humorach spać.

27 lipca jest niedziela, gościnni, kochani gospodarze nie chcą nas wypuścić, a więc świętujemy w Przemyślu. Zwiedzamy miasto, leżymy nad Sanem, próbowaliśmy nawet łowić pstrągi, które po naszemu nazwaliśmy Armstrongami. Niestety, żaden Armstrong nie dał się nabrać się na muchę, którą Jasio z wielkim trudem ubił na krowim karku. Niedziela szybko mija. Kolację jemy gratisowo oczywiście i oto znów jesteśmy w towarzystwie naszych, przemiłych amazonek. Przy księżycu uczymy ich tańczyć Rock and Rolla, a one nas ludowych piosenek i tak przyjemnie kończy się nasz pobyt w Przemyślu. Nie obyło się zupełnie bez przygód. Otóż ja ofiarowałem się odprowadzić jedną z naszych amazonek do jej domu. Trochę to trwało, rozstanie też się nieco przeciągnęło i pożegnany siarczystym całusem rozpocząłem powrót. Łatwo powiedzieć gorzej wykonać. Zrobiła się mgła jak cholera, nie widać własnego nosa, jak więc trafić do odległej stodoły. Błądziłem zmarznięty ponad godzinę zanim jakoś odnalazłem nasze legowisko. Chłopaki przeczuwając, że błądzę świecili po okolicy latarkami i to mi zdecydowanie pomogło wyjść z tarapatów.

28 lipca rano. Żegnamy naszych przemiłych gospodarzy i schodzimy z góry w kierunku szosy na Sanok. Łapiemy jakiś pojazd i po chwili siedzimy na piramidzie płyt pilśniowych. Droga jest piękna, serpentynami pnie się w górę coraz wyżej i wyżej.

Najbliższy przystanek Krasiczyn. Zwiedzamy tam stary pałac i park, a przy okazji piszemy pierwsze karty do domu. Jedziemy dalej. Następny przystanek Bircza. Poznajemy tam uroczą panienkę w kiosku z napojami, tankujemy więc oranżadę, rozmawiamy chwilę oczekując na jakiś samochód. Coś nadjeżdża więc żegnamy się serdecznie i włazimy na skrzynię pełną najrozmaitszego towaru: rowery, piecyki, zabawki, kołdry itp. Kładziemy się wygodnie na kołdrach i zasuwamy do Sanoka. Droga wspina się malowniczo serpentynami, widoki kapitalne. Mijamy 28 zakrętów pod górę i tyleż samo w dół już pod Sanokiem. Tam stoi chyba jedyny taki znak drogowy w Polsce /28 S/. Na szczycie jest przystanek, spotykamy tam całą  bandę pieszych harcerzy. Tam obżeramy się zdziczałymi czereśniami. Była tam kiedyś wioska ale została spalona przez banderowców i kto wie czy nie wymordowana. Pozostały po niej tylko pokrzywy no i te czereśnie. Wsiadamy i rozpoczynamy szaleńczą jazdę w dół tymi 28 serpentynami.

Wreszcie Sanok, też przemiłe miasteczko ze śladami dawnej kultury. Na wysokim brzegu Sanu stoi Zamek-muzeum, jest też zabytkowy rynek. Oglądamy po drodze fabrykę autobusów. Nowiutkie Sany nabierają mocy urzędowej pod gołym niebem. Pod fabryką stoi też „Sanok” autobus o supernowoczesnej linii. Bardzo nam się podobał, szkoda tylko że to prototyp. Zanim ruszy produkcja seryjna minie zapewne kilka lat a szkoda. Zbieramy znów manele bo oto jest okazja do Leska, więc tam jedziemy aby tylko bliżej do naszych Bieszczad. Wreszcie Lesko, szukamy noclegu. Poszukiwania zaprowadziły nas za miasto w kierunku Baligrodu i tam znaleźliśmy barak pracowniczy w lesie nad Sanem. Uprzejmi robotnicy wypożyczyli nam trzy łóżka z kocami. Wykąpani w Sanie, walimy się na te łoża zasypiając smacznie po wrażeniach dnia dzisiejszego.

29 lipca pobudka, rano zabieramy się do żarcia, kąpiel w Sanie otrzeźwia nas ostatecznie i znów jesteśmy na trasie. Łapiemy okazję do Baligrodu. Baligród – miejsce w którym zginął Karol Świerczewski. Zaraz za miastem w Jabłonkach stoi tablica pamiątkowa: „Tu zginął śmiercią żołnierza…” Siadamy i rozpatrujemy tamtą sytuację. Staramy się odtworzy jak to było, a więc na pewno z tej górki grał ckm, tu gniazdo rkm, tam też…Nadjeżdża samochód generała, padają strzały, generał wyskakuje kieruje ogniem, nie kryje się przed kulami, pada… Ale jak było naprawdę to wie tylko pan generał w zaświatach i ci co przeżyli…

Z rozmyślań budzi nas huk nadjeżdżającego samochodu. Jedziemy do Cisnej. Tymczasem droga się kończy a zaczynają się bezdroża. Samochód walczy z terenem rykiem wszystkich swoich koni mechanicznych, przechodzi wpław potoki górskie.

No wreszcie mamy tę opiewaną w prasie egzotykę… to już Bieszczady – polski Texas! Widoki śliczne, naokoło góry po 1200 metrów npm. Przejeżdżamy następny kawałek lepszej drogi i zjeżdżamy w dół do Cisnej. Niewielka miejscowość Cisna jest ślicznie położona w dolinie, otoczona ze wszystkich stron malowniczymi górami.Sama jako taka normalna „dziura” zabita dechami. Z mety spotykamy się z dwoma kolegami po fachu – autostopowiczami z Gdańska. Wobec tego robimy na poczekaniu malutkiego roberka. Oni już wracają, mają więc doświadczenie, dają nam wskazówki i dobre rady, gdzie jechać a gdzie nie. Przestrzegają nas byśmy przypadkiem nie wybrali się do Roztoki, gdyż przyjdzie nam nocować w lesie tak jak im. Cała Roztoka to jedna chałupa, dziad i baba oraz jedna krowa. W Cisnej jest okazuje się schronisko turystyczne, więc tam melinujemy się za całe 10 zł.i zjadłszy co nie co z naszych zapasów, myjemy się w górskim potoku i lulu. Schronisko to składało się z wielkiej sali piętrowych łóżek, obliczonej na około 40 turystów. Tłoku wielkiego nie było ale zbyt wiele radości też nie. Jeden z nas „trzech muszkieterów” czyli Długi Bill nagle przypomniał sobie o jakichś ważnych sprawach do załatwienia w domu, załamuje się i chce rejterować. Akurat w schronisku był jakiś geolog własnym samochodem mający rano wracać do Sanoka. To przyspieszyło decyzję Długiego Billa, nastąpiło wylewne pożegnanie i obudziliśmy się nazajutrz tylko we dwóch. Noc była dość możliwa, co chwila ktoś sobie coś gaworzył a już najwięcej dała mi się we znaki facetka, która na nieszczęście spała nade mną, całą dosłownie noc rzucała się jak ryba, cała prycz woziła się w te i nazad. Co zmróżę oczy, zaczynam zasypiać, nowy wstrząs budził mnie znowu. Do rana jakoś wytrzymałem, rano tylko spytałem ironicznie „Jak się Pani spało?”.

30 lipca rano wstajemy już tylko we dwóch. Wydajemy ostatnie grosze, rzucamy się więc na poszukiwanie jakiejkolwiek pracy. Jedziemy do Wetliny, tam gdzie pracują brygady międzynarodowe. 40 kilometrów bezdrożami – makabra. Jadą z nami Górale, autentyczni Górale w guniach, kierpcach, kapeluszach z muszelkami, wiozą chleb, papierosy, sól, całe zaopatrzenie do swoich i sąsiednich szałasów. Z ich opowieści wynika, że przywieźli swoje owce aż spod Nowego Targu na całe lato. Warunki życia ciężkie, wszystko trzeba dowozić po zupełnych bezdrożach, a wystarczy mały deszcz by te bezdroża zamieniły się w rwące potoki i wtedy chyba tylko helikopterem można przelecieć. Dociągnęliśmy wreszcie do Wetliny. Stoi tam mnóstwo baraków, brygady pracują w pocie czoła, ruch jak w mrowisku. Zgłaszamy się do komendanta, chcemy pracować w brygadzie. Komendant krótko: „nic z tego, więcej nie przyjmujemy”, odchodzimy więc z kwitkiem.

 Nieopodal Górale rozbili swoje szałasy, kierdele z brzękiem dzwonków na hali, olbrzymie owczarki omiatają stada, watra płonie, stary baca z fuzją i nieodłączną fajką pyka sobie na pniaku. To jest ta właśnie egzotyka. Od czasu do czasu przemyka jakiś WOPista na koniu, jednym słowem Teras. Wracamy do Cisnej tym samym samochodem. Na skrzyni spotykamy jednego uciekiniera z brygad po którego aż ojciec musiał przyjechać. Powiada: Zarcie marne, głodowe zarobki, pruska dyscyplina, czyżby to była ta egzotyka pracy pionierskiej w Bieszczadach? Wtem na pokład naszego samochodu wprowadzają jakiegoś słaniającego się na nogach, bladego  ZMSowca. Okazuje się, że ukąsiła go żmija przy odrywaniu darni. Lekarz jakiś tam był coś mu podał ale nie ma surowicy więc trzeba pędzić 100 km po bezdrożach do szpitala w Sanoku. To też egzotyka? .

Podobno był poprzednio nawet helikopter, ale były wtedy brygady międzynarodowe. Wśród pasażerów rozmowa przechodzi na żmije, więc słuchamy: pewien turysta w Bieszczadach udał się do pobliskich zarośli w wiadomym celu, kuca sobie spokojnie a tu żmija, odskakuje w bok… na drugą żmiję. Albo: dwóch ZMSowców wybrało się w niedzielą na wycieczkę w kierunku Łysej Góry widniejącej w oddali, rezultat, dwa dni ich szukali WOPiści zanim się wystraszeni i wygłodniali znaleźli. Na trasie napotykamy ambulans, ekipa lekarska opala się spokojnie na poboczu. Wrzeszczymy: „dawać tu lekarza, żmija ukąsiła faceta!” Lekarz znów skuł 4litery wymiotującemu co chwila gościowi ale bez surowicy, więc trzeba pędzić dalej. W Cisnej wysiedliśmy, a reszta pojechała dalej do Sanoka.

 Następnego dnia postanowiliśmy pojechać do spółdzielni „Las” w poszukiwaniu zajęcia. Z daleka wita nas las ale namiotów, to studenci z Łodzi pracują przy zbieraniu jagód. Pomarzyliśmy sobie, że może uda się nam z nimi pomieszkać. Przychodzimy na taką scenkę rodzajową: właśnie przywieziono jednego bidaka, który zaginął w lesie i też go dwa dni szukano. Opowiadał, że spał na drzewie przywiązany paskiem, jak Robinson. Powiedzieli nam, że z jagód też nici, gdyż ta ekipa już wyjeżdża, a następna spodziewana jest dopiero za tydzień, toteż bardzo chętnie nas przyjmą ale właśnie z tą drugą ekipą. My tydzień nie możemy czekać, forsa się praktycznie skończyła więc nadzieje nasze spełzły na niczym. Tymczasem mrok zapada i trzeba pomyśleć o czymś do żarcia. Idziemy w tym celu nad potok, bierzemy puszkę od konserw, dwa kamienie i próbujemy ugotować sobie zupkę z kostki, których kilka mamy w plecaku. Próbujemy rozpalić ogień, ale nie chce się niestety palić, wreszcie zirytowani silnym wykopem walimy ten cały nabój do potoku i zjadamy resztę chleba co mieliśmy na czarną godzinę. Idziemy do schroniska, obgadujemy sprawę z gospodarzem i śpimy za darmo, z tym, że jutro pomożemy trochę przy sianie. Jest nas w schronisku trzech. My dwaj i jeszcze jeden turysta podróżujący piechotą.

1 sierpnia wstajemy z ciężkim sercem, co będzie jak nie znajdziemy pracy, forsy nie wystarczy nawet na bilet do domu. Idziemy na razie do tego siana. Po drodze mijamy las namiotów rozbitych w uroczym zakątku górskiego potoku. To łowcy silnych wrażeń w Bieszczadach z dziewczynami, kotłami, patelniami, gitarami. Przy tym sianie zeszło nam do południa za co dostaliśmy iście królewski obiad i pozwolenie na jeszcze jedną noc gratis. Po obiadku idziemy do Nadleśnictwa, może jakaś robótka? Ale gdzie tam, niby jest przy pielęgnacji sadzonek ale wypłata dopiero w połowie września, zatem to nie dla nas interes. Zapada decyzja – wiejemy!

2 sierpnia wstajemy, żegnamy się z gospodarzami, zarzucamy plecaki i idziemy na szosę do Sanoka. Tradycyjnie siedliśmy sobie w rowie i znów humor się nam poprawia. Naraz z lasu wysuwa się banda gości, ze 30 chyba z walizkami. Chyba nie turyści, myślimy sobie, a w takim razie to kto? Okazuje się, że to chłopaki wieją z brygad. Całą noc idą lasami o suchym pysku od 24 godzin, bez grosza przy duszy, ścigani przez kierownictwo, straszeni milicją. Dlaczego uciekają? – bo słyszeli o bieszczadzkim romantyzmie, pięknych widokach i to nie tylko w przyrodzie ale i w kieszeni. Prawda okazała się zbyt bolesna. Widoki? Zgoda, egzotyka? Zgoda a gzdie reszta? Zarobki do kitu, praca bardzo ciężka, warunki prymitywne, ale nie tego zlękli się ci chłopcy. Oto jedzenie jest śmierdzące i za mało, do tego kierownictwo stworzyło tam pruską, wojskową dyscyplinę. Człowiek się narobi jak osioł to jeszcze po fajerancie musztra wojskowa, padnij, powstań, biegiem marsz… Obóz koncentracyjny czy co? Dlatego wieją. Po krótkiej naradzie decydujemy się jechać z nimi na gapę pociągiem. Jest z nimi też grupka w mundurach, jadą oni do Warszawy na skargę i to na nich rozesłano listy gończe, jak za zbrodniarzami, więc przemykają się chyłkiem aby udało się do Warszawy… Zajechaliśmy szczęśliwie do domu dzięki uprzejmości i wielkiej wyrozumiałości konduktora i tak zakończyła się nasza eskapada. Wrażenia niezapomniane, szoferaki kochane chłopaki, ludzie tak samo. W ogóle było w dechę!

Jerzy W.Wypiórkiewicz

 

 

 

Comments