....ogień buchnął i ucieklim.... (1 część)

O szczegółach wybuchu wielkiego  pożaru w  Ryk w 1925 roku nie ma prawdopodobnie żadnego opisu.W Ryckiej Księdze Pamięci znajduje się takie oto krótkie wspomnienie tego tragicznego dla naszego miasta momentu.*

 

 Miałem wtedy 6 lat.Jak wszystkie inne żydowskie dzieci chodziłem do chederu i studiowałem Chumesz.Właśnie stałem w sklepiku rodziców ,kiedy zauważyłem ,,jak nagle podnosi się w niebo gęsty dym.Wyglądało to tak ,jak wybuch wulkanu.Nie wiedziałem czy to słup ognia ,czy chmura. Obłok dymu wzniósł się zza bejt-midraszu i ogarnął część domu Estery-Mirale do końca Najczego i potem przeniósł się na dom Mojsze Judla w kierunku naszego domu.W samym środku rynku powstał straszny wir.Śmiecie,papiery,słoma i liście - to wszystko kręciło się w strasznym korowodzie i tańczyło diabelskim tańcem.W mgnieniu oka całe miasteczko ogarnęły płomienie.

Wtedy mama chwyciła małe dzieci i pobiegła z nimi do dworskiego sadu.Widząc,że nasze miasto się pali ,zdecydowaliśmy rozdzielić rodzinę na pół,dokładnie tak jak to zrobił praojciec Jakub(„Rozdzielić naród na dwa obozy’).Mamę z małymi dziećmi Sorą,Perlą i Mordechajem odesłaliśmy ,a tata ja i Mojsze zostaliśmy na miejscu pomagać gasić pożar.

 Rodzice już mieli doświadczenie z ogniem po  wcześniejszym  wielkim pożarze,który nazywaliśmy pożarem „piekarza Fiszla”.Dlatego na wypadek nieszczęścia zrobili betonową podłogę i zamontowali w sklepie żelazne drzwi.Widząc języki ognia buchające w niebo,chwytaliśmy co nam w ręce wpadło i rzucaliśmy towar ze sklepu do piwnicy ,aby jak najwięcej uratować.My obaj i tata wzięliśmy wielki kocioł i pobiegliśmy do studni po wodę do gaszenia pożaru.

Wylaliśmy dziesiątki kotłów wody na betonową podłogę i żelazne drzwi ,aby ogień tam się nie dostał.Od gorąca pompa była tak rozgrzana,że nie można było rękoma pompować wody.Poradziliśmy sobie tak,że owinęliśmy chałatem rękojeść i pompowaliśmy ze wszystkich sił.I tak pracowaliśmy cały dzień aż do nocy .Ogień się zmniejszał i pomału zgasł”.


                                                        
  
 
Marian Parzyszek po lewo i Wacław Kłusek  z rodzicami                                                                         












Kupiłem zapałki u Mośka- mówi jednostajnym,bezdźwięcznym głosem pięcioletni Parzyszek- i bawilim się,to ja zapalałem,to on,Wacek.Było przy stodole,to on mi chciał odebrać,to ja wziąłem i wsadziłem w szparę w ścianie od stodoły(...)-To się zaczęło dymić,to potem ogień buchnął i ucieklim.Nic więcej nie wiem”.**


Mieszkańcy nad spalonym dobytkiem.W dali sylwetka kościoła   









   

 Żydowskie dzieci na pogorzelisku.














 Relacje ówczesnych korespondentów po pożarze cytują  obszernie  Grzegorz i Krystian  Pielachowie w swojej książce„100 lat Ochotniczej Straży Pożarnej w Rykach 1911-2011“.(str.86-100).



*Malach Zuckerkop-Cukier "Pieśń mojego miasteczka" Księga Pamięci Ryk. Str.265
** Grzegorz Pielacha,Krystian Pielacha "Sto lat Ochotniczej Straży Pożarnej w Rykach 1911-2011".str.89
***Wycinek pochodzi z gazety Republika No 104.Łódź,piątek 17 kwietnia 1925 r.Wydanie poranne


Comments